Subskrybuj
Home Sklep Off-Road Diagnostyka komputerowa Jaguar Bazar Off-Road Stara motoryzacja Fertan Wino Heliserwis

VI i VIII etap Drezno-Wrocław 2010: historia lubi się powtarzać

Już tylko 80 kilometrów dzieli Roberta Kufla i Dominika Samosiuka od powtórzenia sukcesów Pawła Oleszczaka i Macieja Chełmieckiego z 2009 r. oraz Alberta Gryszczuka i Michała Krawczyka z 2005 r. Po raz trzeci w historii szansę na zwycięstwo rajdu Drezno-Wrocław ma polska załoga!

Czwartkowy etap straszył swą nazwą – był to osławiony Hannibal o niebagatelnej długości 550 km., który w odróżnieniu od lat ubiegłych lat tym razem nie okazał się taki straszny. - Kiedyś Hannibala w całości pokonywało się na kołach, dojazdówek było jak na lekarstwo – mówi „Henry”, pilot Jacka Iskry. – A tym razem blisko 300 kilometrów auta przejechały na lawetach.

Również oesy, zwłaszcza te w okolicach Okonka i Wałcza, nie były zbyt wymagające. Złożyły się na nie przede wszystkim partie szybkie i trialowe. Większym wzywaniem był jedynie ostatni odcinek z trzema trudnymi przeprawami w okolicach Żagania, które sporo załóg pokonywało już po zapadnięciu ciemności. – Na ostatni oes ruszaliśmy z marszu – mówi Robert Kufel. – Kto pokonał dojazdówkę, ten mógł startować. Dla nas nie było to zbyt korzystne rozwiązanie. Rajdowe ciężarówki, szybsze od naszych lawet, na trasie znalazły się przed nami. Kilkadziesiąt kilometrów jechaliśmy więc w kurzu, borykając się z ich wyprzedzaniem.

Wielotonowe potwory z reguły nie miały problemów z pokonaniem przepraw. Samochody spoza czołówki, które przyjechały po nich, musiały się więc zmierzyć z ciężką przeszkoda, która na dodatek została porządnie pogłębiona. Dla wielu z nich oznaczało to niezbyt przyjemną, nocną kąpiel w zimnej wodzie w chmarze komarów.

Auta w czwartek wracały do obozu przez całą noc. Dopiero nad ranem na mecie pojawili się m.in. Mirek Kozioł, Fazi i Jacek Ambrozik. Po północy finiszowali Wojtek Bodziony i Piotr Kowal, których spotkała niemiła niespodzianka ze strony organizatora. – Gdy dotarliśmy do campu, poszedłem do biura, by oficjalnie odmeldować się – opowiada Piotr (Zawodnicy posiadają elektroniczne chipy, z których organizatorzy sczytują czasy. Po ukończeniu etapu trzeba obowiązkowo pojawić się u sędziów z czytnikiem – przyp. AK). – W biurze cicho, pusto, ciemno… Żadnego sędziego. Miałem ich szukać w rozległym obozie? Do biura przyszedłem więc rano, a wtedy poinformowano mnie, że… spóźniłem się z chipem i w takim razie za całego Hannibala otrzymujemy taryfę! Jestem tym totalnie rozczarowany, bo na etapie straciliśmy mnóstwo zdrowia, poszło nam dobrze, a tu otrzymujemy karę za to, że sędziowie poszli sobie spać! To przelało czarę goryczy – już wcześniej mieliśmy zastrzeżenia do licznych błędów w roadbooku, zdarzającym się braku informacji w różnych językach, a nie tylko niemieckim (czasem w książce drogowej, czasem na tablicy ogłoszeniowej). Ewidentnie brakuje tu Klausa – wieloletniego organizatora „Drezno-Wrocław”. Na znak protestu postanowiliśmy wycofać się z dalszej jazdy.

Po długim Hannibalu piątkowy etap był krótszy (ok. 200 km z dojazdówkami), ale wcale nie dużo łatwiej opowiada „Henry”. – Potem przez około 20 km jechaliśmy po starym nasypie kolejowym, gdzie mocno nas wytrzęsło. Gwoździem program była przeprawa koło starego mostu kolejowego w Lubsku, z którą udało nam się dość szybko rozprawić.

Przeprawy koło Żagańca zawodnicy mieli pokonywać dwukrotnie, ale ponieważ stawka sprawnie – ocenia Robert Kufel. – Oszczędzaliśmy siebie i sprzęt, by nie zaprzepaścić całotygodniowego wysiłku. Teraz trzeba już postępować rozsądnie.

Grat Roberta i Dominika ma już ponad 2,5 godziny przewagi nad rywalami. 80-kilometrowy etap w sobotę, który ma przypominać Great Escape Rally, nie powinien sprawić im kłopotu. Czy tydzień temu nie namawiałem Was, by mrozić szampana? Będziemy go pić pełnymi kuflami:)

Text: Arek Kwiecień

Drezno - Wrocław 2010

Obraz: